Tak, to jeszcze jedno z moich zainteresowań, ale bez bicia przyznaję się, że nie należę do osób nadających się do uprawiania sportu ze względu na warunki fizyczne. W sporcie liczy się wzrost, a ja jestem 153 centymetrowym pyrtkiem. Nie żebym miała jakieś kompleksy z tego powodu, zupełnie nie. Zachęcam do regularnego zaglądania na bloga, kiedyś będzie wpis dotyczący wyglądu, ogólnie, nie tylko mojego. A może niejeden? Zastanowię się. Jednak dzięki mojemu wzrostowi pozostaje mi jedynie pojeździć rekreacyjnie na rolkach czy rowerze albo potańczyć zumbę. Lekcje W-Fu też były dla mnie zwykle dość ciężkie ( o tym też innym razem), ale zamiłowanie do sportu pozostało, a głównym czynnikiem, który wzbudził u mnie to zamiłowanie jest trzech mężczyzn w domu – tata i dwóch, sporo ode mnie starszych, braci. W domu zawsze wszyscy oglądali mecze, głównie piłki nożnej, ale i nie tylko. Oglądamy wszelkiej maści transmisje, a letnie czy zimowe igrzyska spędzamy prawie całe przed telewizorem. Igrzyska… no właśnie. Te letnie już w tym roku i w związku z nimi odbywają się teraz różne turnieje dające do udziału w nich kwalifikacje. Taki turniej zakończyli wczoraj nasi siatkarze.
Berlin, piękna stolica Niemiec. To tam odbywał się turniej siatkarzy, a więc Niemcy byli gospodarzami i jako gospodarze nie wyobrażali sobie, żeby u siebie nie wywalczyć awansu choćby do turnieju w Tokio. Pech chciał, że trafili na Polaków, którzy po przegranym po walce meczu z Francją musieli zmierzyć się z Niemcami drugi raz. Tym razem w meczu ostatniej szansy. Możliwe, że Niemcy pamiętając, że raz już z Naszymi wygrali, poczuli się trochę luźniej, ale przecież i dla nich był to mecz ostatniej szansy. Nasi mistrzowie wygrali w tie breaku fundując nam kolejny horror przyprawiający niejednego kibica o palpitacje serca. Po tym właśnie poznaje się prawdziwych mistrzów. Może nie zagrali rewelacyjnie, nie ustrzegli się poważnych błędów, ale nie poddali się, pokonali własne słabości i przełamali kryzys. Szczerze i dosadnie mówiąc, dla mnie ten mecz był meczem rangi finału IO. Wydaje mi się, że już na IO takich meczy nie będzie. No chyba, że pojadą tam Nasi. Najpierw jednak Tokio, ale teoretycznie tam powinno być łatwiej. Powiedzcie mi z ręką na sercu – kto z Was, po meczu z Francją, drugim przegranym meczu na tym turnieju, wierzył, że nasi dadzą radę? Jeśli wierzyliście to spełniacie podstawowy warunek bycia prawdziwym kibicem. Brawo! Jednak chyba niewielu takich było. Patrząc po komentarzach na stronach sportowych, pod artykułami, nie było widać nikogo kto by jeszcze w nich wierzył. Ba, sypały się na nich tylko hejty. Niestety kanapowi kibice, którzy mają zabawę z oglądania sportu nie mając pojęcia przez co musi przejść sportowiec chcący osiągnąć sukces, zwykle mają najwięcej do powiedzenia i są pierwsi do oceniania i komentowania. Szkoda gadać… I ciekawa jestem gdzie się wszyscy podziali kiedy internet pękał w szwach od artykułów o zwycięstwie i pozostaniu siatkarzy w grze o udział w IO? Hmm? Bo jakoś nie widziałam nigdzie ani jednego słowa. Wszyscy wychwalali chłopaków pod niebiosa i najchętniej by wyściskali, zacałowali i jeszcze nosili na rękach gdyby tylko ich udźwignęli. Fakt, radość była ogromna, bo w ostatniej chwili nasza siatkówka została uratowana przed katastrofą rangi piłki nożnej w Holandii, czyli braku awansu piłkarzy na Euro. No, ale właśnie. Sport jest piękny… ale do czasu, właśnie do czasu…
Póki nasz faworyt wygrywa, zdobywa medale, trofea, bije rekordy świata to jest cudowny, wspaniały, wielki, kochany i można by tak epitety owe wymieniać. Kiedy jednak taki sportowiec opadnie z formy to od razu jest linczowany i padają epitety zgoła odmienne: dno, słabeusz, idiota, masakra, weź się do roboty… Taaa, bo może sportowiec leży do góry brzuchem na kanapie tak jak Wy, oglądający go w telewizji? Jaaasne! Nie dość, że od dziecka harował jak wół, by osiągnąć to co osiągnął, to nagle to wszystko nie wystarcza, by cały czas było dobrze. Nie da się cały czas wygrywać, przegrać też trzeba, czasem nawet najważniejsze zawody w życiu, ale kiedy nagle forma spada po sukcesach, bo to tylko człowiek, który nie jest coraz młodszy to nie dość, że sam cierpi to jeszcze dostaje „po głowie” od „kibiców”. A może tak by się przydało coś miłego, może by tak podnieść go na duchu, bo od spadu formy krótka droga do utraty motywacji? Mały przykład: Koen Verweij. Tak ten. Po igrzyskach też coś się stało, najpierw sezon z pasmem porażek i odejściem z teamu w wyniku niezgody z trenerem jego i kilku innych zawodników. I co, jakoś nikt go nie zlinczował i nie linczuje za to. Wiem, bo czytam komentarze na jego profilach. Nie, nie znam niderlandzkiego. Korzystam z tłumacza i się uczę przy okazji. 😉 Za granicą jakoś nie ma tego co w Polsce. Radzę się więc pochwalić swoimi osiągnięciami zanim zaczniecie oceniać mistrzów świata.
Muszę wspomnieć na koniec o jeszcze jednej rzeczy. W sobotę odbyła się jak co roku Gala Mistrzów Sportu. Nie wiem ilu z Was zwróciło na to uwagę, bo dziesiątkę sportowców roku po tym fatalnym meczu siatkarzy z Francją można było jeszcze zobaczyć. Jak dla mnie powinna wygrać Anita, a Lewy, z całym szacunkiem do niego, bo niełatwe miał początki ani niełatwo było wybić się piłkarzowi z kraju, który od dawna nie ma żadnych sukcesów ani klubowych ani reprezentacyjnych, został wybrany chyba głównie dlatego, że jest o nim głośno i jest mega popularny. Nie umniejszając mu sukcesów w Bayernie i reprezentacji ( awans na Euro), ale nie powinien być na pierwszym miejscu. Cały internet huczał od takiego typu komentarzy. Nagle nikt się nie zgadzał z wynikami. Aż ciśnie się na usta pytanie: ” Jeśli to ten sportowiec powinien wygrać, a nie wygrał, to czemu nie głosowaliście? Albo inaczej, czemu jednak zagłosowaliście na Lewego? Sport jest piękny… do czasu kiedy swojego zdania nie wtrącą pseudokibice. Dziękuję za uwagę.