Stali czytelnicy, którzy czekają na kolejne wpisy widząc nowy wpis powiedzą: nareszcie. Zdarzyła mi się długa przerwa, a to dlatego, że trochę się urlopowałam i nie miałam internetu. Wracam więc do pisania i od razu z trudnym tematem. Temat ten pojawił się w naszej rodzinie, bo mój bratanek ma objawy jakiegoś zaburzenia ze spektrum autyzmu, ale nie da się stwierdzić jednoznacznie czy jest to zespół Aspergera czy coś innego. Jest to trudne do zdiagnozowania. Nawet psychologowie nie potrafią do końca tego zdiagnozować. Mimo to moja mama powiedziała do mnie: poczytaj coś o tym zespole Aspergera, bo ty chyba też to masz. Zamarłam zszokowana. Ja? Niemożliwe! Jednak zapytałam wuja Google o tą przypadłość, bo chorobą w sumie trudno to nazwać. Ku mojemu zdumieniu zamarłam znowu, przed komputerem, przekonując się, że faktycznie mam większość objawów!
Zacznijmy od dzieciństwa. Jakoś zawsze tkwiłam w swoim świecie… gdyby nie mieszkająca po sąsiedzku przyjaciółka to nie wiem co bym robiła, a z domu wychodziłabym pewnie tylko do szkoły. Jednak nie byłam typem siadającym w kątku i gapiącym się w ścianę godzinami. Byłam wulkanem energii nie do zatrzymania. Jak mama dawała radę mnie upilnować? Nie wiem. Pamiętam, że zanim wyjechałyśmy z Krakowa to nie chciała ze mną wychodzić na miasto. Zawsze miała serdecznie dość już po chwili, bo nie chciałam iść z nią za rękę, uciekałam jej, a najchętniej weszłabym pod tramwaj. Często podkreślała rozmawiając z ciociami, znajomymi, że jestem nadpobudliwa. Kiedy mi na coś nie pozwalała potrafiłam krzyczeć, kiedy złapała mnie za rękę wyrywałam się, miałam więc skłonności do agresji. Mówić nauczyłam się bardzo szybko, chodzić też. Tu nie miałam żadnych problemów, wręcz przeciwnie. Słuch, zawsze miałam wyostrzony, bałam się maszyn, które głośno buczały: koparki, nisko lecące samoloty. Były takie rzeczy, które potrafiłam robić godzinami, być może dlatego, że czułam się bezpieczniej? Mama nie musiała mnie kołysać. Sama kołysałam się na zwykłej kanapie godzinami, przy włączonym radiu nucąc piosenki, które leciały. Tak, nucąc! Słuch + pamięć. To zawsze miałam świetne. Czytałam na okrągło te same wiersze. Miałam wielką książkę z wierszami Tuwima, kochałam te wiersze i kocham do dziś. Miałam też książkę z wierszami Marii Konopnickiej „Co słonko widziało wędrując po niebie”. Czytałam je na okrętkę i umiałam niemal wszystkie na pamięć. Pasja? Raczej obsesja. Tak jak i to kołysanie się na kanapie. Zmian jakoś bardzo nigdy nie przeżywałam. To właśnie przemawia przeciwko Aspergerowi. Przecież nie zniosłabym przeprowadzki na wieś… a nie miałam z tym kłopotu. Może dlatego, że kochałam zwierzęta, a tam było ich dużo i mogłam ganiać do woli z psami, kotami, kurami. Dzięki Bogu, że miałam takie dzieciństwo, bo dzisiejsze dzieciaki nawet nie wiedzą jak wygląda krowa, a na pytanie skąd bierze się mleko mówią, że ze sklepu. Tylko pytanie skąd bierze się w sklepie… wychowywałam się z dala od internetu, nie było smartfonów, tabletów. Pierwszy komputer miałam jak skończyłam 12 lat, a dziś dzieciaki nawet kilkuletnie bawią się smartfonami, bo rodzice dają im je, żeby czymś się zajęły i dały im chwilę spokoju. Tak dzisiaj kocha się dzieci… rozpieszcza na potęgę. Milion zabawek, a one i tak się nudzą… dawniej samemu się wymyślało zabawy, gry, grało w planszówki, które naprawdę ćwiczyły umysł, język, uczyło się przez zabawy, a dziś? Dzisiaj to jakaś masakra… ale o grach kiedy indziej. No właśnie od zawsze moja zmora – rozgadywanie się czy też rozpisywanie – jak zaczynałam coś opowiadać to skupiałam się na szczegółach i przez to rozwlekałam wypowiedź nie mogąc skończyć. Pisząc o grach zmierzam do tego, że pobudzało się wymyślaniem zabaw, grami wyobraźnię. Tylko ja miałam z tym kłopot. Przyjaciółka mówiła do mnie, żebym sobie coś wyobraziła, a ja za nic w świecie nie potrafiłam. Domowe zacisze – to był mój azyl, a jeszcze bardziej pragnęłam mieć coś czego nie mogłam mieć – własny pokój.
Szkoła – cóż, kiedyś trzeba było zacząć edukację. Najpierw była zerówka, potem szkoła. Dopiero kiedy zetknęłam się z większą liczbą rówieśników okazało się jak jestem inna. Tylko, że ja sama jeszcze tego nie rozumiałam. Dokuczano mi. Pod tym względem szkoła była gehenną. Nikomu nic nie mówiłam, bo przecież nikt by się do niczego nie przyznał. Woleli na mnie skarżyć, że to ja dokuczam.  A i owszem, ataki agresji w szkole były coraz częstsze. Bo mi dokuczają to mam się nie bronić? Bo mam dość przystosowywania się do innych, bo ja to ja i tylko ja? Dlaczego ktoś nie może się przystosowywać tylko to ja muszę? Bo miałam dość bycia gorszą i słabszą? Wystarczyło, że matka wychwalała pod niebiosa uzdolnione moje kuzynki, nie mając za co mnie pochwalić. Czułam się zawsze gorsza. Nie byłam dzieciakiem łażącym po klasie, potrafiłam usiedzieć w ławce i skupić się na lekcji. Uczyłam się dobrze. Nie byłam prymusem, ale oceny miałam dobre i nienawidziłam dostawać złych. Nienawidziłam! Nie miałam w szkole specjalnie przyjaciół. Dla innych byłam jak jakaś kosmitka tylko sama tego nie rozumiałam, nie rozumiałam dlaczego. Teraz już wiem… Nie umiałam się przyjaźnić. Właśnie ja. Może nie do końca było tak, że inni nie chcieli, tylko ja nie umiałam. Nie umiałam rozmawiać, włączać się do rozmowy, pociągnąć rozmowy. Rozmowy się nie kleiły. Za to objawił się wielki talent. Z łatwością uczyłam się wierszy na pamięć i recytowałam tak, że pani słuchała z otwartymi ustami. Wystarczyło, że raz przeczytałam czytankę w książce i potrafiłam ją opowiedzieć ze szczegółami. To było niesamowite, ale niestety moje widzimisię było inne, nie chciałam tego rozwijać, cóż… ale chwalona to być lubiłam. I to moje zaufanie do innych, nadwyrężane dokuczaniem, ale niemijające. Chciałam być koleżeńska, pożyczałam wszystko i wszystkim nie bojąc się, że ktoś może mi coś zepsuć itp. Sama starałam się zawsze mieć wszystko. Nie lubiłam czegoś zapomnieć i prosić się o pożyczenie. I wszystko musiałam mieć odpowiednio poukładane w kieszonkach plecaka, żeby nie szukać przez pół lekcji. Nienawidziłam też burdelu na ławce. Zawsze siedziałam sama, wolałam nawet tak, bo jak ktoś rozwalił swoje rzeczy na większość ławki to miałam ochotę go ukatrupić. Nigdy nie lubiłam pracy w grupie czy parach. Zwykle zostawałam bez pary i nie było to miłe uczucie, ale i tak wolałam wszystko robić sama, na swój sposób i nie miałam ochoty się kłócić o to jak zrobić. W grupie natomiast było tak, że moje pomysły odrzucano, odsuwali mnie: bo robisz nie tak, a potem gadali, że nic nie robię, a potem dostanę piątkę. A moja wina, że nic nie robię? I nie miej tu ochoty walnąć każdego po kolei po pysku… No i znalazłam sobie kozła ofiarnego. Taak… była dziewczyna niby mojego pokroju, przyszła do nas w czwartej klasie. Usiadła koło mnie, uśmiechając się, chociaż ona jedna… a ja co. Któregoś dnia czekaliśmy pod salą informatyczną na lekcję. Ja siedziałam na ławeczce, a ona stała przy ścianie plecami do mnie. Jeszcze schyliła się po coś do plecaka. Postanowiłam żartobliwie ją nastraszyć. Podbiegłam, klepnęłam ją w plecy i zawołałam: buu! Klepnęłam? Nic bardziej mylnego. Pchnęłam, nawet nie wiem w jaki sposób… uderzyła głową o ścianę, przestraszyła się, ale ja nie takiego efektu chciałam. Stanęłam jak wryta, sama przerażona. Nie miałam pojęcia jak to się stało… jednak działo się coraz częściej. Dlaczego? Bo wreszcie miałam nad kimś przewagę? Bo jej też nie lubili, a wcale nie dokuczali tak jak mnie? Mogłam mieć przyjaciółkę, ale… byłam nienormalna. Tyle.
Tak, byłam u psychologa. Nauczycielka poprosiła mamę, żeby mnie zabrała. Psycholożka stwierdziła jedynie nadpobudliwość nerwową. Cóż, jeszcze wtedy nie znano chyba zespołu Aspergera. Do tego miałam inne przypadłości zdrowotne. Zaczęło się od gehenny codziennie rano. Nie chciałam wyjść do szkoły, bo było mi niedobrze. Jednak mijało kiedy poszłam do szkoły, ale co rano to samo. Wnerwiona mama wzięła mnie do lekarza, a ten dał skierowanie do szpitala na badania. Gastrolog od razu zauważył, że nie wyglądam jak na mój wiek, a kiedy po 9 miesiącach pojechałam do kontroli i zobaczył mnie taką samą jak za pierwszym razem, zarządził, że zostaję dzień dłużej. W nocy przyszła do mnie pielęgniarka, niczym komarzyca żądna krwi i wyssała mi trochę przez wenflon. Nie spałam… nie mogłam spać w szpitalu. Nie bałam się igieł, ale szpitali nie lubiłam. Do szału doprowadzał mnie płacz, a wręcz darcie się innych dzieciaków. Przecież kłucie nie boli… Mama musiała zawieźć potem tą próbkę do laboratorium endokrynologicznego. Przypominam, że zabrała mnie z miasta na wieś, a w momencie, o którym piszę to miałam z 10 lat już. Mieszkałyśmy na wsi, u dziadków, na Podkarpaciu w Padwi między Mielcem, a Tarnobrzegiem. Na wsi nie jest tak łatwo ze służbą zdrowia. Na gastrologii byłam w Nowej Dębie, a próbkę krwi mama musiała wieźć aż do Rzeszowa, bo tam najbliżej była endokrynologia. I wyszło co miało wyjść: kompletnie nie mam hormonu wzrostu. Zaczęło się. Seria badań, bo żeby załapać się na terapię hormonem i na refundację, lekarz musiał wysłać do ministerstwa i NFZ wniosek z dołączonymi trzema dowodami, w postaci wyników badań, na to, że potrzebuję hormonu. Na samym końcu rezonans i jakże ciekawa nazwa przypadłości „Zespół pustego siodła”. Oczywiście w szkole wszyscy wiedzieli, że jestem chora, ale gdybym wspomniała kiedykolwiek nazwę to bym musiała chyba ją zmienić (szkołę oczywiście). Opis badania zaczynał się tak: „W obrębie siodła tureckiego wpuklająca się przestrzeń o charakterze płynowym…”. Ani słowa o tym skąd płyn wziął się w siodle, bo oto winowajca – ucisnął i zdeformował przysadkę tak, że ta nie była w stanie wytwarzać hormonu wzrostu, ale co ciekawe jeśli chodzi o inne hormony to pracowała zawzięcie i bez problemów. Jedno tylko przychodzi mi do głowy. Uraz okołoporodowy. Uszkodzenie przepony siodła tureckiego, bo właśnie ona chroni, żeby to ustrojstwo się tam nie wlewało, musiało nastąpić w jakiś sposób. Mam dziwne wypłaszczenie z tyłu głowy. Może więc to wynik ułożenia w brzuchu mamy? Moje odchyły psychiczne podpisywano raczej pod to, ale czy to przypadek, że wśród przyczyn zespołu Aspergera jest właśnie uraz okołoporodowy? Ciekawe, nie sądzicie?
Liceum – tutaj sowicie zapłaciłam za moją naiwność. Skończyło się nadmierne zaufanie do innych. W klasie maturalnej doszła do nas nowa dziewczyna, Opuszczała bardzo dużo lekcji, a potem brała zeszyty od kogo się dało. Ja się nie umiałam zaprzyjaźnić, zagadać, tak więc i ona do mnie nie zagadywała, aż któregoś dnia podeszła i spytała czy pożyczyłabym jej zeszyt z historii. Kami pożyczyła, a jakże, bo Kami jest miła i koleżeńska. Tylko genialna Kami nie pomyślała, że koleżanka znów nie przyjdzie do szkoły, a do tego nie zaznaczyła ołówkiem w książce, które było zadanie, bo zapisać w zeszycie wystarczy. I tak zostałam na następnej lekcji historii bez zeszytu i bez zadania. Jakoś się wymówiłam, ale kiedy pani natrafiła na więcej osób bez zadania, obwieściła, że jak ktoś nie przyniesie następnym razem to postawi pały. Koleżanka już przyszła potem do szkoły, ale zaczęła mnie przepraszać, że mój zeszyt zgubiła. I co? Tym razem nie uciekłam od pały. Chciało mi się płakać, krzyczeć, wyć. Nie wiedziałam sama kogo mam udusić: siebie samą za to, że nie pomyślałam, koleżankę czy też inne osoby, że nie raczyły mnie ostrzec, bo później  w szatni inna koleżanka, z którą się jeszcze w miarę dogadywałam powiedziała mi „nie przejmuj się, ona tak zawsze robi, nam też tak robiła”. Jasne, ale wy nie dostałyście przez nią pały. I czemu do diabła nic nie mówiłyście, żeby jej nie dawać? Miałam ochotę udusić i ją. Na studiach już dużo ostrożniej pożyczałam notatki, bo wnerwiało mnie to, że osoby, które nawet nie zechciały mnie bliżej poznać, nagle przed sesją przychodzą do mnie i żebrają o notatki. Nie chodzą na wykłady i skąd do diabła wiedzą, że ja chodzę? Pożyczałam co bardziej zaufanym i dobrze na tym wyszłam, bo kiedyś jak robiłyśmy z paroma dziewczynami grupowy projekt z jednych zajęć, jedna z nich powiedziała, że nikomu już nie daje notatek. Okazało się, że dała jednej osobie, a potem stojąc do ksero zauważyła grupę z roku z jej własnym zeszytem, a osoby, której dała zeszyt nawet wśród nich nie było! Ja wolałam chodzić na wykłady. Wolałam wstać o tej 6 choć nie jestem rannym ptaszkiem i iść. Więcej zapamiętywałam słuchając i widząc na slajdach, robiąc własne notatki. Nie jestem typem proszącym się, wypytującym, żebrającym, więc najlepiej było mi mieć swoje notatki. Bo ja najlepiej piszę, najprędzej się po sobie doczytam, a nie po kimś i jeszcze na ksero. Potem dwa razy przeczytam i jestem gotowa na egzamin. Okienka zawsze miałam zaplanowane: 2-3 godziny, nie opłaca mi się wracać do domu, więc zdążę coś załatwić, połażę po mieście, zrobię zakupy, pouczę się do kolokwium, poczytam książkę… właśnie… jak ja kocham czytać. Z tym, że powieści, co też mnie odróżnia od typowych aspergerowców. Do tego dziś moja wyobraźnia jest bujna. Może nie umiem sobie wyobrazić jak ktoś mi każe, ale jak czytam to książka mnie wchłania, nagle jestem w miejscu gdzie toczy się opowieść, idę za głównym bohaterem jakbym go śledziła. Mam pełne wyobrażenia wyglądu miejsca, bohaterów i dlatego nie cierpię filmów nakręconych na podstawie książek. Wyjątek? Harry Potter i książki Dana Browna. Tutaj obraz w miarę mi się zgadzał z filmem, a tak to szału dostaję, bo w filmie wszystko wygląda inaczej niż u mnie. A jeśli zobaczę najpierw film, a potem wezmę książkę, nic już sama sobie nie wyobrażę. Będę widziała tylko obrazy z filmu i tracę cały urok czytania… A niech tylko mnie ktoś wyrwie z tego książkowego świata to będzie miał przerąbane!
Dorosłość. Nienormalność zostaje na dorosłość. Myślałam, że moje bycie odludkiem, wiecznie wystraszonym wśród ludzi to efekt tego dokuczania w szkole. Coś w tym jest, ale to jest właśnie główny objaw Aspergera. Nadal nie umiem rozmawiać z ludźmi, zagadać pierwsza, pociągnąć rozmowy, zwłaszcza takiej „o pogodzie” czyli o niczym, natomiast o czymś co mnie interesuje rozgaduję się z najdrobniejszymi szczegółami. I nienawidzę gadać o czymś co mnie nie interesuje, nie mam wiedzy, nie znam się na tym. O zgrozo! I nie cierpię zadawania pytań. Często muszę się zastanowić nad odpowiedzią, a ktoś zaraz mnie oskarża, że go olewam, bo nie odpowiadam, yhh, wrrrr!  Lepiej mi się z kimś pisze, choć sama rzadko zaczynam. Lepiej mi się pisze, bo nie muszę patrzeć w oczy. To jest moja zmora! Nie umiem patrzeć w oczy, ba czasem całkiem patrzę gdzieś w dół albo w bok zamiast na rozmówcę. Masakra! A jeszcze bardziej nie cierpię gadać przez telefon. Raz ledwie kogoś słyszę i tylko stres, że nie zrozumiem, a raz ktoś drze mi się tak, że mi bębenek mało w uchu nie eksploduje. Koszmar. Najchętniej załatwiałabym wszelkie sprawy przez internet, mailowo. Najchętniej w ogóle nie wychodziłabym z domu! Odludek, totalny odludek! Jadę tramwajem i niech mnie tylko ktoś dotknie, wsadzi łapsko przed nos, bo się chce przytrzymać albo kliknąć przycisk, żeby drzwi się otwarły, a ja gotuję się w środku. Nigdy nie lubiłam przytulania, całowania. Umiem akceptować zmiany – tym różnię się od aspergerowców. Natomiast przywiązuję się do rzeczy. Jako dziecko miałam taki odchył, ze zawsze musiałam mieć piłkę i kiedy gdzieś przebiłam to było pół dnia wycia, bo inna nie będzie taka sama. I związana z piłką obsesja – godzinami mogłam obijać tą piłką dom podśpiewując przy tym czy mamrocząc coś do siebie. Dziś mam na przykład ulubiony kubek, choć gdyby się stłukł to nie byłoby może aż takiej rozpaczy. 😉 Mam specyficzne poczucie humoru, toteż nie zawsze zrozumiem żarty, przenośnie, a moje żarty bywa, że i kończą się kłótniami. Dotąd nie rozumiałam dlaczego ludzie je tak odbierają, a teraz wszystko układa się w całość. Lubię być sama, sama ze sobą, robić co tylko chcę, żyć własnym życiem, we własnym świecie. Robić to co lubię, tak jak lubię, a nie tak jak ktoś mi każe. Nienawidzę kiedy ktoś dyszy mi nad karkiem i kiedy robię coś na swój sposób, mówi mi, że robię źle i narzuca mi swój sposób. Jezu, zabiłabym najchętniej. Tak jak wnerwiali mnie nauczyciele każący uczyć się schematycznie, na pamięć, kiedy ja wolałam podczas ustnej odpowiedzi mówić własnymi słowami. W szkole nie radziłam sobie na WF-ie. Wnerwiało mnie to, że wuefista ciągle zwracał mi uwagę, że coś źle robię, poprawiał postawę w ćwiczeniach, bo ja przecież robię po swojemu, też dobrze, tak jak potrafię, na ile jestem wyćwiczona! Zła koordynacja ruchowa? Dziwacznie chodzę, obcieram fleki na obcasach tylko na jednym, tylnym, prawym rogu. Tańczyć nie umiem kompletnie, choć nawet mam poczucie rytmu. Zakochałam się w zumbie, ale mam wrażenie, że tylko skaczę, wywijam rękami i wcale to nie wygląda dobrze. Za to wyobraźnia – słucham piosenkę i widzę siebie tańczącą, widzę całą choreografię i zaczynam niekontrolowanie machać rękami i nogami. A z facetem to nigdy w życiu nie zatańczę! Na szczęście jak gdzieś jestem na jakiejś zabawie typu wesele to nawet nie chcą ze mną tańczyć. I dobrze! 😛 Nie umiem tez pływać. Może i to coś ma wspólnego z tym wszystkim. Kompletnie nie mam wyporności, nie utrzymuję się na wodzie, macham rękami, nogami i nic. Kolejna rzecz – planowanie. Na co dzień często wszystko planuję. Jak ktoś chce do mnie przyjść to ma mi dać znać, ale nie typu: hej, wpadnę jutro po południu. Jak mam wyjść o tej piątej, a do tej pory nie przyszedł to ja wychodzę! Pocałuje klamkę, jego sprawa. Poza tym, najlepiej jak da mi znać nawet dwa dni wcześniej. Zdążę posprzątać, przygotować coś na poczęstunek, bo ja nie idę na łatwiznę i częstuję gości przysmakami z cukierni domowej, własnoręcznej. Zresztą sama lubię wiedzieć co jem i nie tknę jak coś ma za dużo chemii, zaraz wyczuję wszelkie aromaty, syrop glukozowy, zaraz widzę, że coś jest naszpikowane barwnikami. I mam takim czymś, czego sama nie zjem, częstować gości? O nie! Bleee! Kiedyś miałam taką sytuację, jeszcze na studiach, jak mieszkałam z kuzynką i jej mężem. To też bywała gehenna, ale to innym razem napiszę. Czwartek, wiosna, ciepło, przyjemnie. Wracam z zajęć do domu, wchodzę do kuchni… a co to? Ktoś kawę pił i nie umył zlewu? Flejtuchy zasrane… ale zaraz myśl, przecież oni też poza domem… dopiero po chwili dotarło do mnie, że to z rur wywaliło. Zatkało rury w pionie kuchennym. Nie dało się myć naczyń w kuchni i zastanawiałam się tylko, Boże, teraz zawalą mi brudnymi garami wannę w łazience? Jest bowiem tak mała, łazienka, że nie było już miejsca na umywalkę i wszystko, nawet ręce myje się nad wanną. Czwartek… ciekawe czy w piątek się tym zajmą czy cały weekend trzeba będzie czekać. Okazało się, że w sobotę mają wszystko czyścić i chodzić po mieszkaniach, żeby spuścić syf ze zlewów. Całe szczęście, że to nie cuchnęło. Kochane współlokatorstwo w sobotę pracowało i zostawiło mnie z tym samą, a ja dostawałam szału nie wiedząc, o której będą łazić, z żołądkiem skręconym z głodu, bo nie wiem czy mogę brać się za jakiś obiad, czy w ogóle mogę wyjść na zakupy, żeby mi klamki nie pocałowali, bo sama nie zamierzam tego spuszczać i czyścić! Myślałam, że wyjdę z siebie wtedy. To był koszmar. Kolejna rzecz. Przy współlokatorach lubiłam mieć jasny podział: to jest moje, a to wasze, mojego nie ruszać bez pytania. A jak ktoś mi coś poprzestawiał to byłam od razu wściekła na cały świat. Teraz mieszkam z przyjaciółką, tą jedyną, sąsiadką ze wsi, udało mi się nieco przystosować, nabyć trochę luzu, ale… Tak czy siak muszę mieć poukładane, według własnych zasad, upodobań. Porządek! Nie umiem nawiązać przyjaźni, a z nią przyjaźń trwa już ponad 20 lat, ciekawa sprawa i cudowna. Nie nadaję się w ogóle na żonę, bo nigdy w niczym nie zgodzę się z facetem i ciągle tylko będą kłótnie. Kiedy patrzę na jakąś mozaikę wzorów na dywanie, mam wrażenie, że pocięłabym to i poukładała po swojemu, połączyła każdy fragment z każdym. Mania układania puzzli, hehe. Zastanawiam się nad tym co mogłabym robić. Jaka praca byłaby w sam raz dla mnie? Nie mam pojęcia. Nie jestem typową kobietą robiącą 50 rzeczy na raz. Jak zacznę jedno to muszę skończyć i dopiero następne. Osoby z Aspergerem to podobno geniusze. Ja się za takowego nie uważam. Matematyka? Bardzo lubiłam, ale żeby od razu być geniuszem… Lubiłam matematykę, a pisałam wiersze. W dzieciństwie byle jakie, a do niedawna całkiem dobre. I piosenki. Plastycznych zdolności to ja nie mam. Ba, to była zawsze zmora w szkole. Pani twierdziła, że nie mam cierpliwości. To prawda, nie mam. Jak coś mi nie idzie to rzucam w cholerę, wolałabym, żeby od razu wszystko szło super. Wspomniałam, że nie nadaję się na żonę? Powtarzanie się, kolejna maniura… jak ciągłe przygryzanie warg, natręctwo nie do wyplenienia… Nie nadaję się, bo… nie mam uczuć. Nie no, jakieś mam… ale zawsze mówię, że mam serce z kamienia. Trudno mi okazać współczucie, czasem śmieję się wtedy kiedy nie trzeba, ale i czasem poryczę się na głupim filmidle… emocjonalna to jestem aż nadto. Nienawidzę tłumów, ale kocham koncerty. Tylko gdyby jeszcze nie to, że trzeba kupić bilet na pół roku przed… jak ja tego nie cierpię. Skąd ja do jasnej anielki mam wiedzieć co będzie za pół roku? Ktoś mi odda pieniądze jak się rozchoruję, złamię nogę? Nie! No właśnie! No i ta wściekłość na cały świat kiedy plany dalekosiężne się sypią, bo nie da się nieraz nie zaplanować! Aaahrrgh! Najlepszą rzeczą w życiu jest czytanie i pisanie… i rozmyślaaanie. Pisanie… wszyscy mi mówią, że to dobrze robię, może by przy tym zostać? Pisać artykuły, felietony w domowym zaciszu? Da się tak? Byłoby cudownie… a może napisać książkę? Myślicie, że nie próbuję? Tylko, że… maniura rozpisywania, wtapiania się w szczegóły… piszę, piszę i nie mogę skończyć tak jak i tego wpisu…  a po napisaniu: a jeszcze to do poprawy, a jeszcze tego nie napisałam… haha 😀 Wydać książkę… kto by mi ją wydał? Bez znajomości w świecie wydawniczym się nie da! Poza tym szału bym dostała widząc swoją książkę po korekcie wyglądającą jakbym nie ja to pisała. To ja siedzę godzinami przed kompem, klepię i klepię, męczę się, swoje oczy i nagle ktoś mi wszystko pozmienia? Tego bym nie zniosła. Nie wiem czy mam zespół Aspergera. Trudno to zdiagnozować. Ja więc nie diagnozuję, ja podejrzewam, przypuszczam… znalazłam w internecie test: 50 pytań, za każdą odpowiedź wskazującą na objaw – 1 pkt. Mój wynik 38 podczas gdy progiem są 32 pkt. i wśród osób z wynikiem wyższym niż 32 w badanej grupie większość miała podstawy do diagnozy. Nie wiem czy to na pewno Asperger, ale Wy też chyba nie macie już wątpliwości, że normalna to ja nie jestem… 😉 A to link do testu: http://www.centrum-terapii.pl/test-czynnika-aq/
Głównym problemem osoby takiej jak ja jest brak akceptacji i zrozumienia ze strony otoczenia. Oglądałam kiedyś film o mężczyźnie z Aspergerem… jakiż to był tytuł… jak miał na imię ten mężczyzna. Adam… tak! Boże! Zupełnie jak mój bratanek! Zaprzyjaźniła się z nim sąsiadka, zaczęła szukać informacji na temat zespołu Aspergera, za wszelką cenę chciała go zrozumieć… i zakochali się w sobie… oglądałam z zapartym tchem choć to nie mój ulubiony gatunek. Oglądałam, a im dłużej obserwowałam Adama i im więcej informacji znajdowała kobieta tym bardziej ja myślałam ” Boże, jaka ja jestem do niego podobna, on jest zupełnie jak ja!”. Na końcu prawie płakałam. Ludziom tak trudno takie osoby rozumieć… oby więcej takich jak ta kobieta… Jednak ja… muszę ostrzec przed sobą, zwłaszcza panów, którym mogłabym o dziwo wydać się interesująca… Mężczyzno, zastanów się 50 razy tak jak ja się zastanawiam nad podjęciem decyzji… zastanów się zanim wdepniesz w to bagno… bo życie ze mną to będzie bagno, bardzo grząskie, śmierdzące bagno…