ggg

HEJKA TU KamiX! 

Witam wszystkich na moim nowym blogu! Witam zarówno dotychczasowych czytelników (którzy czytali na blog.pl), jak i nowych, którzy w jakiś sposób tutaj trafią i oby nie skończyło się na jednym razie! 😉 Dla dotychczasowych czytelników to w sumie nowy-stary blog, bo jest na nim wszystko tak jak było, a to dzięki możliwości eksportu treści z blog.pl i zaimportowania jej tutaj, ale blog wygląda zupełnie inaczej, więc rozumiem, że po wejściu pierwszy raz można doznać lekkiego szoku. Tak więc postaram się teraz pomóc wam trochę ogarnąć to, co się tu dzieje. To jest nowoczesny szablon z widokiem dynamicznym. Tylko na tym szablonie działają mi podstrony obecne na pasku pod nagłówkiem ( o blogu, o mnie, itd.). No właśnie. Możecie poczytać na tych podstronach o moim blogu, blogowaniu dotychczasowym, a także i o mnie. Na podstronie „kontakt” jest podany mail, a także linki do moich stron na Facebooku i Twitterze, gdyby ktoś chciał do mnie prywatnie napisać. Niestety nie udało mi się (choć wiem jak to zrobić), zamieścić tu okienka z Fb, żebyście mogli od razu polubić bez wchodzenia na sam Fb. Po prostu chyba na tym szablonie się nie da, nie wiem, więc jak ktoś chce mnie polubić na Fb, to musi się pofatygować w podstronę „kontakt”,wejść stamtąd na mój Fb i polubić. 

Kolejna rzecz, która was może zaskoczyć, to brak paska bocznego. Taki szablon, co poradzić, ale… Zbliżcie kursory do wąskiego, czarnego, pionowego paseczka z prawej strony. Wysunie się on ukazując ikony. Najedźcie na ikonę, a pokaże wam się jej nazwa. Macie tam etykiety (kategorie wpisów), archiwum, można zobaczyć ile osób odwiedziło bloga, tłumacz na różne języki. Następny fajny bajer jaki jest tutaj, znajduje się na pasku nawigacyjnym obok podstron z lewej strony. Możecie tam sobie wybrać w jaki sposób chcecie widzieć bloga. Obecność zarówno tego jak i etykiet sprawia, że znalezienie tego, co się chce przeczytać, nie powinno sprawiać problemów. Wśród podstron jest odnośnik, który przeniesie was bezpośrednio na mój fotoblog, na który również zapraszam. W planie mam też stworzenie drugiego bloga, na którym zgromadzę moją twórczość z poprzedniego bloga, który miałam jeszcze przed tym, na platformie bloog.pl. Cały czas czytelnicy mogli tam zaglądać, ale bloog.pl też oznajmił, że się likwiduje. Podjęłam decyzję o przeniesieniu twórczości tu, na drugiego bloga, jednak zajmie to trochę czasu, bo bloog.pl nie ma możliwości eksportu. Na szczęście działa do końca marca więc czas jest. Odnośnik do bloga z twórczością również pojawi się na pasku nawigacyjnym. 

Na koniec chciałabym dodać, że mój blog mimo wszystko będzie dość prosty. Nie chcę za bardzo tu grzebać, żeby czegoś nie popsuć. Otóż blogger.pl to zupełnie inny serwis niż wszystkie te, które po kolei się likwidują. Bazuje na HTMLu, a że jestem w tym zielona jak szczypiorek czy pietruszka, to nie będę za bardzo grzebać. Jak się chce zrobić jakieś dodatkowe bajery (wysuwane zakładki, okienka wyskakujące tuż po wejściu na blog, typu „subskrybuj mój kanał na YT”, czy podświetlane napisy itp. ), to trzeba znać lub wiedzieć gdzie znaleźć odpowiednie kody i wiedzieć gdzie je wkleić po wejściu w edycję HTML. Jednak chcę was przestrzec. Chcę przestrzec każdego nowego użytkownika, których na pewno nie brakuje, zwłaszcza, że ze względu na likwidację innych serwisów po kolei niemal w tym samym czasie, wielu się pewnie tu przenosi. ZAWSZE zanim wejdziecie w edycję HTML chcąc coś tam zmieniać, wkleić kod jakiegoś nowego bajeru, MUSICIE zrobić kopię zapasową bloga!!! Wystarczy usunięcie przypadkiem jednego znaczka w HTMLu, a blog się wam rozjedzie i załamiecie ręce, bo nawet nie będziecie wiedzieć co takiego usunęliście, co trzeba poprawić, by znów wszystko było w normie! Pamiętajcie o tym! 

Tyle tytułem wstępu, który wyszedł dość obszerny. Pora przejść do tematu. Tematu, który jest jakby nawiązaniem do poprzedniego wpisu. Poprzedni wpis był o szukaniu pracy, o traktowaniu kandydatów przez pracodawców. Szukamy pracy, to narzekamy na to jak trudno jest pracę znaleźć, jakie pracodawcy mają wymagania. Kiedy już ją znajdziemy to zamiast się cieszyć, że się udało, znowu narzekamy. Na co? Że dużo pracy, że szef niemiły, a najczęściej, że za mało zarabiamy. Być może nie przyszłoby mi do głowy poruszać tego tematu na blogu gdyby nie pewien artykuł, który widziałam pierwszy raz już z rok temu albo i dwa, a na pewno w styczniu, bo w artykule (którym jest list czytelniczki do redakcji), pisze ona, że w zeszłym miesiącu kupiła skromne prezenty, więc to jasne, że na Święta czyli list pisała w styczniu. Artykuł, a raczej list musiał być opublikowany dokładnie rok temu pierwszy raz, a teraz znów w styczniu, zapodano go ponownie. Gdzie? Oczywiście na jednej ze stron na Fb. Dlaczego ten artykuł/list zasugerował mi temat na wpis na blogu? Ponieważ dziewczyna żali się w nim, że wegetuje za, uwaga… 3 tys. zł. Zachowałam to nawet w zakładkach i dzięki temu możecie sobie też poczytać te żale tutaj. Ciekawa jestem waszych odczuć, bo ja czytając to nie wiedziałam czy się śmiać, czy płakać…
Pora więc poszukać odpowiedzi na zadane w tytule wpisu pytanie: jakie pieniądze dają godne życie. Najpierw jednak należałoby zdefiniować pojęcie godnego życia. Jeśli zapytać kilka osób jakie wg nich powinno być godne życie, to każdy pewnie zdefiniowałby je inaczej. Wg mnie godne życie to takie, kiedy człowiekowi nie brakuje tego, co jest do życia NIEZBĘDNE. A co jest niezbędne? Jedzenie i woda, ale musimy dodać też rzeczy, bez których może nie umarlibyśmy, ale życie byłoby mocno utrudnione czyli np. dach nad głową, prąd, ubranie. Dopóki nie brakuje nam którejś z tych rzeczy, dopóki możemy zaspokoić podstawowe potrzeby i wystarcza na to pieniędzy, to możemy powiedzieć, że mamy godne życie. Pewnie widząc tytuł wpisu spodziewaliście się, że zobaczycie tu kwotę. Nic bardziej mylnego. Nie da się podać konkretnej kwoty. Gdyby zapytać te kilka osób wspomniane wyżej o tą kwotę, to każdy podałby pewnie inną albo prędzej jakiś przedział niż konkretną kwotę. Nie da się ot tak ustalić konkretnej kwoty, bo więcej będzie potrzebowała cała rodzina na zaspokojenie potrzeb wszystkich członków (kwota tym większa im więcej dzieci) niż singiel na tylko swoje potrzeby. Nie chodzi mi więc o ustalenie jakiejś konkretnej kwoty, tylko o to, by pokazać, że da się żyć za niewielkie pieniądze, tylko trzeba umieć. Ja to potrafię, dlatego zdecydowałam się na poruszenie tego tematu, do czego zachęcił mnie jeszcze bardziej wspomniany wyżej artykuł/list. Autorka twierdzi, że ma głowę na karku i jest skromna. Moim zdaniem taka wypowiedź wyklucza skromność, ale co ja tam wiem. 😉 Twierdzi, że ma głowę na karku, ale jak się przeczyta cały list to jakoś tego nie widać. Ona nie tylko nie jest biedna. Ona nie umie żyć skromnie. Gdyby była taka skromna jak pisze, to by nie narzekała na to, że musi żyć skromnie. 
Wiem, że się powtórzę, ale moim zdaniem ona wcale nie jest biedna. Zarabia 3 tys. Wiele osób chciałoby tyle zarabiać, a jak się czyta słowa „JUŻ jestem po studiach” to tylko złość ogarnia. Celowo napisałam „już” dużymi literami, bo to słowo daje do zrozumienia, że skończyła studia stosunkowo niedawno. Wiele osób latami czeka na wyższe zarobki, a ona by chciała od razu nie wiadomo czego. Wiele osób po studiach nie zarabia więcej jak 1500 zł na rękę i czeka lata na wyższe zarobki, a taka pinda nie dość, że dostała pracę od razu za około 4 tys. brutto (pisze, że co miesiąc dostaje przelew na 3 tys, więc to netto, a jak doliczyć to co idzie na składki i podatek to brutto wyjdzie coś koło 4 tys.), to jeszcze śmie narzekać, że jej mało. W dodatku nie wspomina gdzie pracuje, więc trudno ocenić proporcjonalność tej kwoty do pracy jaką wykonuje. I niby pisze, że wie o tym, że większość rodaków zarabia mniej niż ona i dziwi się, że za tyle można żyć. Jak najbardziej można, tylko powtarzam, trzeba umieć! I to nie tylko rozsądnie gospodarować pieniędzmi, ale doceniać to co się ma i cieszyć się z małych rzeczy!
Mnie życie naprawdę nauczyło doceniać to co mam i cieszyć się drobnostkami. Nie wychowałam się w bogatej rodzinie ani też bardzo biednej. Mama zabrała mnie z miasta na wieś jako malutkie dziecko, bo dziadkowie potrzebowali tam pomocy – babcia zachorowała, później umarła, więc mama musiała przejąć jej obowiązki w gospodarstwie jak i zajmować się mną. Potem zaczęłam chodzić do szkoły, zaczęły się moje perturbacje zdrowotne i mama przez lata tkwiła przez to wszystko na marnej rencie zamiast pracować normalnie za godziwe pieniądze. Tata cały czas pracował – w Krakowie i przysyłał nam co miesiąc pieniądze. Jednak wychowanie mnie spadło na samą mamę. Wiedziałam, że nie mogę mieć wszystkiego co bym chciała. Nie żądałam tego tak jak dzisiejsze dzieci i nie darłam się, że mama ma mi to kupić i koniec. Jak wychodziła do sklepu to zwykle rzucałam „kup mi coś” i chodziło zwyczajnie o coś słodkiego lub choć chrupki kukurydziane, które kochałam, a kosztowały grosze. Rzucałam „kup mi coś” i czekałam – kupi to super, nie kupi to trudno. Dostałam od babci czy cioci np. na urodziny 20 czy 50 zł i nie leciałam z tym do sklepu po głupoty tylko kupiłam za to np. buty, a czasem musiałam nawet oddać te pieniądze mamie, bo brakowało do kolejnej wypłaty. Pamiętam moje zaskoczenie kiedy wyjeżdżałam na szkolną wycieczkę i mama dała mi pieniądze do portfela. Nie dość, że zapłaciła za wycieczkę to jeszcze daje mi kasę? Kup sobie coś na pamiątkę. No ok. Tym sposobem w domu do dziś mam całą kolekcję widokówek, bo jak nie było jeszcze cyfrowych aparatów, a ja nawet takiego na kliszę nie miałam to była najlepsza pamiątka, a do tego za grosze. Czasem kupiłam jakąś figurkę czy obrazek, ale z połowę z tych pieniędzy przywoziłam z powrotem do domu. Najlepszą nauką rozsądnego gospodarowania pieniędzmi były wycieczki kilkudniowe. Miałam takie tygodniowe – w góry, nad morze. Na takich wycieczkach zwiedza się codziennie inne miejsca i na każde musi wystarczyć kasy. Pamiętam jak nad morzem moja koleżanka, z którą byłam w pokoju wydała za dużo kasy i miała już mało, więc kiedy pojechaliśmy na molo w Sopocie postanowiła zostawić portfel w plecaku w autobusie, żeby nie korciły jej rzeczy na licznych tam straganach. Okaząło się jednak, że za sam wstęp na molo trzeba zapłacić 5 zł od osoby. Zaczęła płakać, bo nie miała. Za to ja miałam. Nie nakupowałam głupot, więc miałam „piątkę” i dla siebie i dla niej. To było miłe uczucie. Cieszyłam się tymi wycieczkami. Nawet jednodniowymi, bo nawet na wakacje nie było jak wyjechać. Nie tylko dlatego, że nie było kasy, ale dlatego, że mając w gospodarstwie zwierzęta nie da się po prostu wyjechać, bo nie da się ich zostawić bez jedzenia, wody, opieki. Zresztą uziemiły mnie moje kłopoty zdrowotne, potem doszła też choroba dziadka. Moje kłopoty zdrowotne też ogromnie nauczyły mnie doceniać to co mam. Utknęłam w ciele nastolatki przez niedoczynność przysadki na hormon wzrostu. Mogłabym marudzić, że za późno to wykryto i i tak wiele nie urosłam biorąc hormon, ale nie marudziłam i nie marudzę. Wiedziałam zawsze, że są dzieci bardziej chore, nie mogące chodzić, bawić się, uczyć, niewidome, niesłyszące itp., a moja przypadłość niczego mi nie uniemożliwiała poza wyjazdami, bo hormonu nie dało się przewozić, zresztą musiał być cały czas w lodówce i przez kilka dni wycieczki przenośna też nie dałaby rady. Ten jeden minus to jednak zupełnie nic, a w końcu lekarz nawet pozwolił na przerwanie na tydzień terapii. Nic się nie stało, w końcu gdybym brała przez ten tydzień to bym była wyższa może parę milimetrów. Tydzień, dwa to prawie nic. Pamiętam moją ogromną radość z tego, że pomiar wzrostu pokazał 150 cm. Śmieję się, że zapeszyłam, bo nie przekroczyłam tej magicznej granicy za mocno, bo tylko o 3 cm. Jednak stanęłam na około 120 cm. i gdyby nie możliwość refundacji hormonu to nie miałabym terapii i utkwiłabym na zawsze w ciele 6 latki, a nie nastolatki. Cieszę się więc z tego co udało się osiągnąć. Z tego co mam! 
Dziękuję losowi za dzieciństwo na wsi mimo urodzenia się w mieście. Miałam najpiękniejsze dzieciństwo jakie można mieć. Trudno mnie było zagonić do domu, a warunki na wsi sprawiały, że powstawało w głowie tysiąc pomysłów na minutę, tylko że to raczej moja przyjaciółka była bardziej pomysłowa niż ja. Kiedyś napiszę o dzieciństwie, o tym jak piękne jest dzieciństwo na wsi, jak piękne było dzieciństwo bez tych wszystkich nowinek technicznych, od których dziś dzieciaki nie mogą się oderwać. Dzieciństwo na wsi to była nauka – nauka przetrwania, zadbania o siebie i swoje bezpieczeństwo, bo mama nie miała czasu, żeby bez przerwy ze mną być i mnie pilnować, ale też poczucia obowiązku. To nie była tylko sielanka i zabawa – to była pomoc mamie, często w postaci ciężkiej pracy w ogrodzie, w polu. Do dziś uwielbiam pobabrać się w ziemi i patrzeć jak pięknie rosną warzywa… aż chce się pracować widząc, że warto. Tymczasem owa paniusia w tym swoim pełnym żalów liściku napisała tak:  Gdybym mieszkała na wsi, miała własne gospodarstwo i dom na własność, to żyłabym sobie jak pączek w maśle.” Jak to zobaczyłam, to gruchnęłam śmiechem. Widać, że to typowy mieszczuch nie mający zielonego pojęcia o życiu na wsi, o tym ile chociażby wynosi podatek od nieruchomości jeśli nie ma się gospodarstwa rolnego (powyżej 1ha). Jej się pewnie wydaje, że żyłaby jak pączek w maśle, bo miałaby wszystko swoje – warzywa, owoce, jajka, mleko, mięso i nie musiałaby kupować tego w sklepie, ale nie ma pojęcia ile trzeba włożyć kasy i pracy w to, żeby to mieć. Jeszcze bardziej się uśmiałam próbując sobie wyobrazić ją wywalającą gnój od świni czy patroszącą kurę po uboju. Idealna kandydatka do programu „Damy i wieśniaczki”, w którym dama jedzie na wieś i poznaje w całej okazałości życie na wsi, a wieśniaczka do miasta. 😂

Napisałam tam na Fb pod tym listem komentarz, w którym w skrócie ujęłam to co piszę teraz tu. W dużym skrócie. Między innymi napisałam, że kobieta to musi mieć na ciuchy, buty, torebki i to najlepiej na najdroższe i najmodniejsze. Zostałam zhejtowana odpowiedziami typu: „ona pisze, że właśnie się tego wyrzekła”, „przeczytaj artykuł, a potem pisz”. No, większość ludzi ocenia od razu artykuł po tytule i nawet są za leniwi, by kliknąć i przeczytać, ale ja do takich nie należę. Odpowiedziałam na hejty, że czytałam ten artykuł i wielkie mi to wyrzeczenia. Czy to są rzeczy niezbędne do życia? Nie! To są rzeczy, bez których można żyć, czy też na które można pozwalać sobie rzadziej, a nie ciągle. Ja wychowałam się w czasach kiedy następował właśnie ten ogromny skok technologii. Jestem jedną z najmłodszych osób, które jeszcze mają zaszczyt pamiętać czasy, kiedy nie było jeszcze komórek, nie mówiąc o smartfonach. Komputery były, ale nie w każdym domu i stacjonarne, zajmujące pół pokoju, a dopiero potem coraz mniejsze. Ja zwykle wchodziłam w posiadanie każdej kolejnej nowinki technicznej z dużym opóźnieniem niż moje koleżanki. Pierwszą komórkę dostałam dopiero na 18stkę, aparat cyfrowy też. Na kliszę nigdy nie miałam. Pamiętam, że czasem zazdrościłam koleżankom, że one już to mają, a ja nie i nie mogę mieć, bo kasa. Denerwowałam się czasem na brak kasy, czując się zacofana. Mama szybko wybiła mi zacofanie z głowy pytaniem: czy czegoś ci brakuje? Odpowiedź była krótka i prosta – NIE. Mam dach nad głową, mam co jeść, mam w co się ubrać, mam wszystko do szkoły, mam zabawki, a wiele dzieci nawet tego nie ma. Wiedziałam o tym, że są naprawdę biedni ludzie i dzieci niedożywione, chodzące w łachmanach. Oczywiste było, że moje życie to mimo wszystko sielanka! Poza tym dało się żyć bez kompa, komórki, aparatu, nie umierało się bez tego, a dziś ludziom trudno sobie  wyobrazić bez tego życie. Paniusia pisze też w swoich użalaniach nad sobą, że próbowała uzbierać na samochód. Dobre… Kupiłaby samochód i co… i nie miałaby za co opłacić ubezpieczenia, rejestracji, kupować benzyny, bo pewnie myśli, że do rodziców by jeździła swoim autkiem za darmo. Prawko jakoś zrobiła, pewnie od rodziców miała na to pieniądze. Ja nawet prawka nie mam i jakoś nie czuję nawet potrzeby… Aparatu na zęby też nie mogłam mieć i pewnie nigdy nie będę miała, bo jak patrzę ile kosztuje…, ale patrzę sobie w lusterko i widzę nawet niebrzydką dziewczynę z całkiem ładnym uśmiechem mimo trochę krzywych zębów. I to mi wystarczy! 

Dobra, pora przejść do konkretów. Małe pieniądze to nie powód do rozpaczy. Umiesz cieszyć się tym co masz, doceniać to co masz, dostajesz od losu? Super, połowa drogi za tobą. Teraz pora nauczyć się rozsądnego gospodarowania pieniędzmi. Jeśli jesteś osobą po studiach, to powinieneś/aś to potrafić. Nic tak nie uczy gospodarowania kasą i oszczędności jak studia. No chyba że się jest kujonem, zbiera same 5,0 z egzaminów i ma wysokie stypendium naukowe. Ja musiałam żyć na studiach za około 1000 zł. miesięcznie. Łatwo nie było, ale się dało. Dałam radę nawet przeżyć kilka miesięcy stażu, na którym dostawałam 850 zł. co miesiąc. I dałam radę. Na studiach nawet dałam radę odłożyć, by mieć na wakacje (spędzałam zawsze na wsi, nie wyobrażam sobie spędzać lata gdzie indziej) czy początek kolejnego roku akademickiego, bo zanim dostałam kolejne stypendium, musiałam od nowa składać papiery i pierwszą kasę dostawałam dopiero w listopadzie/grudniu. Udało mi się na studiach nawet odłożyć prawie 3 stówki na spełnienie wielkiego marzenia – koncert moich ukochanych Scorpions! Jak się chce, to się da! Nawet mając 1000 zł miesięcznie, a co dopiero 3. Autorka listu z żalami wymienia w pewnym momencie swoje wydatki. Policzmy: 1600 zł za mieszkanie + ok. 600 zł na jedzenie i art. gospodarcze + 100 zł bilet miesięczny + 100 zł rata za telefon = 2400 zł. Zostaje jej całe 600 zł na zachcianki, ciuchy, wychodzenie ze znajomymi, bilet do rodziców 1-2 razy w miesiącu np. No sielanka! Istna! Ja to nawet nie muszę nigdzie wychodzić ze znajomymi, najlepiej mi w domu, więc pewnie bym z połowę z tego odłożyła nawet na zaś! Ok, miały być konkrety czyli jak rozsądnie gospodarować pieniędzmi. Oto sposób na życie za małe pieniądze:

1. Nauczyć się planować wydatki
To jest podstawa! Wiem ile dostaję co miesiąc kasy i ile płacę za mieszkanie. Robię więc plan wydatków – odejmuję to co idzie na rachunki, stówka na bilet miesięczny i zostaje mi pewna suma. Tą sumę sobie rozkładam – ile przeznaczam na jedzenie i art. gospodarcze, ile na zachcianki i zostawiam sobie 100-200 zł luzem. Pójdą albo na nagłe wydatki typu leki, bo się rozchoruję (zresztą ja idę do lekarza po leki najwyżej wtedy jak się choróbsko ciągnie, nie daje normalnie funkcjonować i nie ustepuje wysoka gorączka, a tak to leczę się domowymi sposobami), albo zostaną odłożone/zaoszczędzone. Plan gotowy? To teraz się go trzymać, a jak się nie uda to analiza czy można było gdzieś zaoszczędzić, żeby się udało, a jak nie można było to zmodyfikować lekko plan na kolejny miesiąc. Dochodzą ważne wydatki? Modyfikujemy plan ujmując je, ale starając się pomniejszyć kwotę każdego rodzaju wydatków o tyle, by suma dała te np. 200 zł niedopłaty za prąd, a nie buch, odejmujemy 200 zł od jedzenia i jemy przez tydzień suchy chleb. 

2. Nauczyć się priorytetyzować wydatki
Priorytetyzacja to uszeregowanie wg ważności. Oceniamy, które wydatki są najważniejsze, a które najmniej ważne. I tak – najważniejsze będą opłaty za mieszkanie, jedzenie, bilet miesięczny, rata kredytu, a najmniej ważne oczywiście zachcianki. Należy trzymać się tego, by nie brakło na podstawowe potrzeby – jedzenie, dach nad głową i media, no i kredyt jest ważny jeśli nie chcemy się zadłużyć i być ścigani przez komorników. Jeśli nie wystarczy na jakieś zachcianki – trudno, trzeba się z tym pogodzić! Najważniejsze, że starczy na podstawowe wydatki!

3. Nauczyć się OSZCZĘDZAĆ!
Coś mi się przypomina, że chyba kiedyś już o tym pisałam. Ach, no jasne że tak! Oczywiście tutaj! Oszczędzać można na wszystkim – na mieszkaniu, mediach, jedzeniu, zachciankach. Jak?
– Mieszkanie:
  • nie musimy od razu mieszkać w apartamencie z pięknymi widokami;
  • nie musimy od razu mieszkać w wielkim i nowoczesnym mieszkaniu;
  • nie musimy od razu mieszkać w samym centrum wielkiego miasta;
  • nie musimy mieszkać sami!

Niewielkie mieszkanko na uboczu miasta spokojnie wystarczy, zwłaszcza singlowi. Taka opcja jest zdecydowanie tańsza niż apartament w centrum miasta. Samemu też nie jest łatwo z opłatami. Warto pomyśleć o przyjęciu współlokatora. Ja od studiów mieszkam ze współlokatorami. Teraz, po studiach, też mam współlokatorkę – przyjaciółkę. O wiele łatwiej jest kiedy dzieli się koszty na pół. Tylko trzeba być skromnym, a nie udawać, że się jest skromnym jak owa żaląca się w liście paniusia. Nawet sam pokój można wynająć jak tak bardzo brakuje nam pieniędzy. Paniusia zaś pisze tam, że już jest po studiach i chce się ustatkować. Nie jest już studentem i nie chce już mieszkać ze współlokatorami. Cóż, jej sprawa. Woli siedzieć i biadolić niż coś robić. Nikt jej zresztą nie kazał mieszkać od razu w Warszawie, tylko jej się pewnie wydawało, że tam znajdzie od razu pracę za kokosy…


– media – Jakby ktoś nie wiedział to mediami nazywa się prąd, gaz, wodę. Dodajmy do tego internet i tv. Warto poświęcić trochę czasu na poszukanie atrakcyjnej oferty internetu i tv, a później pamiętać o rezygnacji z ewentualnych promocyjnych usług w pakiecie, bo często są one tymczasowe i jak się nie zrezygnuje, to potem trzeba za nie płacić. Oszczędzając prąd, wodę czy gaz możemy uzyskać mniejsze niedopłaty lub nawet nadpłaty i w ten sposób zaoszczędzić, a nie biadolić, że mamy wielką niedopłatę i co teraz, bo nie ma z czego zapłacić. Dużej niedopłaty nie trzeba spłacać hurtem – spokojnie można ją sobie rozłożyć i dodawać mniejszą część do comiesięcznych opłat. Wszystko się da, tylko trzeba MYŚLEĆ! 


– jedzenie i produkty gospodarcze – na tym można zaoszczędzić naprawdę sporo: 
  • planując jadłospis na kilka dni do przodu;
  • gotując raz na 2-3 dni;
  • kupując tylko to co nam potrzebne;
  • korzystając z głową z promocji!

To są też znakomite rady dla singli! Mało kto ma dzisiaj czas na gotowanie codziennie. Raz na 2-3 dni wystarczy. I wystarczy jak raz w miesiącu pozwolimy sobie na drogiego łososia. Gotujmy sami, bo to wychodzi taniej niż jedzenie na mieście czy kupowanie gotowych potraw! Kupujmy tylko to, co potrzebne. Idziemy w sklepie prosto do półki z tym, co potrzebujemy, twardo nie dając się innym rzeczom „zerkającym” na nas z półek i „proszących” weź mnie, weź, na pewno się przydam. Z promocji korzystajmy z głową. Spożywcze promocje to zazwyczaj produkty zalegające długo w sklepie i nie kupowane, a więc gorszej jakości lub z kończącą się datą ważności. Pamiętajmy też, ża grosz do grosza i kwota się i tak uzbiera nawet jeśli kupimy 500 rzeczy z promocji. Zakupy z głową, jakiekolwiek, to postawa jak chce się zaoszczędzić! Wracając znów do listu owej paniusi – pisze ona, że czasami głoduje. Wygląda na to, że nie wie co to znaczy głodować. Dla niej głodowaniem jest zjedzenie przez kilka dni tego samego, co dla mnie jest nawet normalką, podczas gdy są ludzie, którzy nie mają co do ust włożyć w ogóle…


– zachcianki – czyli ciuchy, buty, kosmetyki, torebki i inne. Na nich można zaoszczędzić OGROMNIE! Na przykład:

  • kupując tylko wtedy kiedy naprawdę musimy;
  • kupując 1 rzecz zamiast 10;
  • kupując w second handzie zamiast w galerii handlowej;
  • nie podążając za modą!;
  • tutaj warto polować na promocje i wyprzedaże!

Ja nie cierpię zakupów ciuchowych, butowych, choćby ze względu na trudność w idealnym dobraniu ciuchów do sylwetki. Idę na zakupy tylko wtedy kiedy muszę. Na przykład buty mi się rozwalają, zepsuł się suwak w bluzie, choć w takim wypadku wolę wymienić suwak niż kupować nową bluzę. W końcu od ładnych paru lat już nie rosnę, najwyżej w szerz bym mogła, ale to też u mnie jest mega trudne do osiągnięcia. Jestem małym chuderlaczkiem. No właśnie – nauczmy się drobnych przeróbek i wtedy ze starą bluzką można zrobić coś takiego, że wszyscy w pracy będą chwalili nową bluzkę i pytali gdzie i za ile kupiłaś. 😉 Jak już idę do sklepu to kupuję jeden ciuch czy jedne buty, a nie od razu po kilka. Jednak w second handzie można zaszaleć. Nie trzeba od razu kupować firmowych ciuchów w galerii handlowej, gdzie jedna bluzka kosztuje 300zł. Lepiej wziąć stówę, iść do szmateksu i tam kupić 5 bluzek albo 3 bluzki i spodnie i to że w szmateksie, nie oznacza, że ciuch będzie gorszej jakości niż firmowy. Bez sensu jest też zmienianie garderoby co kwartał, bo zmienia się moda. Tak to można naprawdę zbankrutować nawet będąc bogaczem! 


– rtv/AGD – Tutaj też mamy wachlarz możliwości. Korzystajmy z wyprzedaży. Tak w ogóle to też kupujmy wtedy kiedy potrzebujemy. Nie musimy kupować od razu najnowszego, najdroższego smartfona. Owszem, może czasem lepiej wziąć na rok spłacania na raty i spłacać po 50 zł miesięcznie niż musieć wyłożyć kilka stówek naraz. I znów pozwolę sobie wrócić do żalów owej próżnej dziewuchy. Kolejna rzecz, która pokazuje, że ona wcale nie jest skromna tak jak twierdzi. Napisała, że zepsuł się jej telefon, kupiła nowy i teraz będzie spłacać po stówie do 2019 roku. A czy kazał jej ktoś kupować tak drogi telefon? Starsze modele znanych firm czy nawet najnowsze firm mniej znanych można kupić spokojnie za kilka stówek, nawet rozkładając na raty kilkudziesięciozłotowe, a nie od razu 100. Jest też Allegro, OLX, gdzie można trafić na ciekawe okazje. A popytać znajomych? Może ktoś ma do opchnięcia telefon i po znajomości opchnie taniej, zwłaszcza, że używany? Używane jest zwykle sporo tańsze niż nowe i wcale nie musi być gorszej jakości od nowego, tylko trzeba uważnie czytać oferty i zwracać uwagę na ewentualne informacje o wadach czy uszkodzeniach. 


Myślę, że omówiłam temat bardzo wyczerpująco i mam nadzieję, że nikt nie zaśnie przy czytaniu, a przynajmniej niektórzy wezmą sobie to do serca. Takimi właśnie sposobami ja przeżyłam za 1000 zł czy nawet 850 miesięcznie, serio! Więc naprawdę chciało mi się śmiać z żali tej dziewczyny w tym liście. Lepiej byłoby się zastanowić, pomyśleć i ruszyć niż siedzieć i biadolić jaka to biedna. Myślę, że udowodniłam w tym wpisie, że można żyć za małe pieniądze i nie jest to tak jak nazwała to paniusia od listu z żalami – wegetacja. Zastanawiam się w ogóle skąd takie określenie na życie za małe pieniądze się wzięło. Wegetacja to okres wzrostu i rozwoju roślin. Roślina wegetuje czyli się rozwija, więc jak już musimy to słowo używać w kontekście naszego życia to tłumaczmy je jako to, że rozwijamy się, cały czas uczymy, zdobywamy doświadczenie, by móc z czasem zarabiać więcej. Nie stoimy przecież w miejscu.